Chłodny poranek rozpoczął kolejny dzień naszego trekkingu. Szybkie śniadanie, uzupełnienie termosów herbatą i w drogę. Ruszyliśmy, kiedy jeszcze góry przysłaniały słońce, ale z każdym krokiem robiło się cieplej i przyjemniej.

Wychodzimy na trasę o poranku
Już po chwili idziemy w słońcu i mamy taki widok
Jeszcze tylko trzeba zakręcić młynkiem modlitewnym prosząc o dobrą drogę
A po kilku kolejnych krokach ukazuje się nam taki widok

Mijamy wioskę Talekhu (2720 m npm) i schodzimy ku rzece, cały czas zachwycając się niesamowitymi widokami.

W pewnej chwili na drugim brzegu rzeki wypatrzyliśmy stado małp skaczących po kamieniach.

Szliśmy zachwyceni, po drodze mijając zepsutego jeepa, a kawałek dalej wylegujące się na słońcu w lesie duże stado kóz, które kompletnie nie zwracały na nas uwagi.

Nie ma jak kąpiel słoneczna

W pewnej chwili droga zaczęła prowadzić przez rozległy sad, pełen niewielkich ale pięknie owocujących jabłoni. To tereny należące do Apple Farm Bhratang, firmy, która na 37 hektarach i prawie 3000 m npm uprawia jabłka, jest tu też winiarnia i całkiem luksusowo wyglądająca agroturystyka. Kłębił się tam tłum, dlatego minęliśmy te zabudowania, choć wyglądały zachęcająco.

Jabłonie po obu stronach drogi
A nad jabłoniami wodospad
Teraz już stale nam towarzyszą ośnieżone szczyty

Kolejny odcinek trasy musimy pokonać drogą, ale nie taką zwykłą. To wykuta w skale wąziutka dróżka nad przepaścią.

Hardcorowa droga
Uprzejmie przepuszczamy nepalską policję

Na szczęście odcinek, który musieliśmy pokonać idąc drogą wkrótce się już kończył, a my po kolejnej wspinaczce stanęliśmy przed Paungda Banda.

Paungda Danda przed nami, zwana też Wielką Ścianą Pisang
Tu widać jak jest monstrualna

Ta niesamowita formacja wygląda jak nie z tego świata i częściowo faktycznie tak jest, bo patrzycie na… dno jeziora. Stąd ta niesamowita gładkość. W chwili wypiętrzania się Himalajów to dno jeziora zostało wypchnięte i stało się górą. I to jaką… Miejscowi nazywają to miejsce Bramą Niebios, wierząc, że tędy zmarli wspinają się do nieba. To święte miejsce, nie wolno się na tę górę śmiertelnikom wspinać.

Nasz szlak poprowadził nas do genialnego miejsca widokowego, gdzie z jednej strony mieliśmy Paungda Danda, a po przeciwnej spoglądała na nas Annapurna II.

Wiatr zdmuchuje śnieg ze szczytu Annapurny II
Annapurna II

Jedynym co nas powstrzymało od pozostania tam na zawsze z zachwytu, było to, że strasznie w tym miejscu wiało. Dlatego ociągając się, ruszyliśmy wreszcie dalej.

Dotarliśmy do kolejnej wioski, gdzie postanowiliśmy zatrzymać się na krótki odpoczynek i lekki obiad.

To tu robimy przystanek
Tę restaurację wybraliśmy

Gdybyście tam dotarli, bardzo polecamy to miejsce. To tu dostaliśmy chyba najlepszą zupę czosnkowa na całym szlaku. A do tego odważyliśmy się spróbować tu herbatę tybetańską. Hmm… osobliwe to było przeżycie, bo smakuje to bardziej jak rosół z mlekiem, bo jest to słonawe i tłuste. Ale faktycznie stawia na nogi. A spójrzcie jeszcze na tę ławeczkę po prawej stronie zdjęcia – to nie butelki oleju, to taka lokalna stacja benzynowa. Kiedy wcinaliśmy zupkę, podglądaliśmy, jak kolejni mieszkancy podjeżdżali na motorach i kupowali kilka butelek, które lądowały w baku. Nepalczycy potrafią sobie radzić.

Pan zaprezentował nam swojego rumaka
Pijemy herbatę tybetańską

Na stoliku leży pulsoksymetr – tu trzeba rzeczywiście mocno już uważać. Na tej wysokości to ustrojstwo nam wszystkim, włączając w to Bijay’ę, wrzeszczało, że mamy niebezpiecznie niską saturację. Bo w Himalajach przy saturacji 90, przy której w Polsce traficie do szpitala, czujecie się znakomicie, a z czasem organizm przyzwyczaja się i do takiej bliższej 80.

Wreszcie ruszyliśmy znowu w drogę, patrząc przy okazji z bólem serca na tych panów na zdjęciu poniżej.

Nepalscy tragarze

Ci panowie niosa na sobie po około 25 kg, widzieliśmy też takich, którzy taszczyli nawet wok i kosze wiklinowe z talerzami. Oni nie idą tak dla własnej przyjemności, to ich praca. Wynika to z tego, że wielu ludzi przyjeżdża do Nepalu na zorganizowany trekking. Tacy turyści idą sobie wtedy niosąc tylko leciutkie odręczne plecaczki, za to ich rzeczy firma „przewozi” do kolejnego miejsca noclegowego. Tyle że ten przewóz to po prostu tragarze wynajęci przez firmę trekkingową. Tragarz jest tu tańszy niż koszt wynajęcia jeepa, dlatego jest to bardzo powszechny widok. Na każdym kroku widzieliśmy jak ciężkie jest życie w tych górach, ale też z każdym takim spotkaniem rósł w nas podziw dla Nepalczyków. Najbardziej nie do uwierzenia jest, jak przy tym wszystkim są pełni radości życia i optymizmu i jak otwarci są to ludzie.

Skręcamy na drogę do Upper Pisang
Znowu zaczynają się obłędne widoki
Zaczyna na nas spoglądać Annapurna IV
Dotarliśmy do miejsca naszego noclegu
A takiego widoku z pokoju nie wyobrażaliśmy sobie nawet w najśmielszych snach. Tu dobrze widać słynną „twarz” Annapurny IV
Bijay’a jak zawsze znalazł przyjaciela. A to widok na salę, w której wszyscy się zbierają na posiłki i żeby się ogrzać

Najpierw szybko wypiliśmy herbatę, po czym pognaliśmy pod prysznic. Co prawda mieścił się on w średnio gustownej betonowej klitce na środku podwórka, ale za to woda była po prostu gorąca i życie od razu wydało się nam się tak wspaniałe! Wyszorowani i rozgrzani szybko ubraliśmy się w ciepłe ciuchy i pomaszerowaliśmy na spacer aklimatyzacyjny.

To nie skansen, tak ludzie tu żyją

Nad naszym teahouse’em była piękna świątynia z genialnym widokiem

Patrzymy sobie w oczy z Annapurną IV
Świątynia na szczycie wzgórza
W środku
I w pełnej krasie

Akurat trafiliśmy na porę modlitw, zakonnicy najpierw uderzali w gong zawieszony przy wejściu, a potem zaczęli intonować modlitwy, bardzo było to ciekawe i dla nas mocno egzotyczne.

Wreszcie zmęczeni i już trochę głodni wróciliśmy do naszego teahouse’u na obiad, a potem szybko, bo zrobiło się bardzo zimno, podreptaliśmy do naszych domków. Oczywiście nieogrzewanych, żeby nie było wątpliwości.

Nasze domki