
Obudziło nas znowu słońce, i pobiegliśmy na śniadanie, jako że poprzedniego dnia umówiliśmy się z właścicielem hotelu, że będzie gotowe na 7:30, żebyśmy mogliśmy szybko wystartować na trasę. Takie umawianie się poprzedniego dnia co do godziny posiłków świetnie się sprawdzało, przy czym musicie wiedzieć, że w teahouse’ach często działa zasada, że jeżeli zostajecie na noc i decydujecie się w tym samym miejscu zjeść obiad i śniadanie, to albo nie płacicie nic za nocleg, albo macie wtedy solidną zniżkę. A nie ma sensu szukać w innych teahouse’ach tańszych opcji, bo menu jest zatwierdzane przez lokalne władze i we wszystkich hotelikach ceny będą identyczne. Dodatkowo, jeżeli idzie z Wami tragarz, to mimo, że oficjalnie Bijay’a płacił za siebie sam, my za jego nocleg i wyżywienie też często dostawaliśmy zniżkę. A że Bijay’a wszędzie miał przyjaciół, to szybko oddaliśmy w jego ręce kwestie uzgadniania ceny i zaklepywania nam noclegów. Przez zupełny przypadek zyskaliśmy osobę, która była dla nas przewodnikiem i to takim, który nie tylko wskazywał trasę ale i dzielił się informacjami o tym, jak żyje się w Nepalu, która zdjęła z nas obowiązki organizowania sobie trasy, i która okazała się niesamowicie przyjacielska, uczynna i pomocna. Dość powiedzieć, że cały czas, mimo dzielących nas kilometrów utrzymujemy ze sobą kontakt.




Najpierw nasza trasa prowadziła w dół, żeby standardowo za chwilę odbić ostro w górę. To urok szlaku NATT, który jest dużo dłuższy i trudniejszy niż chodzenie drogą, ale wart jest każdej kropli potu i każdego wysiłku. Są chwile, kiedy drogi te się łączą, ale najpiękniejsze odcinki, to właśnie te, gdzie albo idzie się drogami wyglądającymi jak ścieżki wydeptane przez zwierzęta, albo gdzie brnie się przez strumienie, skacze po pniach udających mostki, przemyka pod wiszącymi skałami, albo wspina po starych kamiennych schodach wzdłuż których płynie wodospad.




Tu mała ale przydatna wskazówka, wybierając się na ACT, lepiej spakujcie jasne spodnie trekkingowe. Pewnie większość z Was myśli, że to dziwny pomysł, bo szare czy czarne wydają się nam praktyczniejsze w terenowych warunkach. Ale wierzcie nam, mówimy to z doświadczenia i z pełnym przekonaniem. Wszechobecny pył w jakim będziecie się poruszali i tak kompletnie Wasze spodnie oblepi i kolor tu nie ma znaczenia, natomiast jasne portki pomagają ograniczyć Wasze bycie celem ataku… pijawek. To takie małe zmory, które czają się w cieniu na trawach. W pewnej chwili Bijay’a zaczął je z nas, nieświadomych takiego mało miłego towarzystwa, strzepywać. A kiedy doszliśmy to teahouse’u, w którym postanowiliśmy chwilę odpocząć i napić się herbaty, nasz nepalski przyjaciel kazał nam ściągnąć buty i skarpety i obejrzeć nogi. Wynik dla dwóch par ciemnych spodni to 7 i 5 pijawek, a jasne spodnie były atrakcyjne tylko dla 1 sztuki. Na szczęście tutejsze pijawki nie przenoszą żadnych chorób, jedyny problem z jakim się wiąże ugryzienie przez nie, oprócz tego, że są mocno obrzydliwe, to taki, że po przyssaniu się wpuszczają do naszej krwi ślinę zawierającą między innymi hirudynę, czyli białko o silnym działaniu przeciwzakrzepowym. W efekcie krew bardzo długo sączy się z miejsca ugryzienia i wygląda się jak ofiara piranii.








Zwróćcie tu też uwagę na przydatne dodatkowe funkcie plecaka – czyli bycie suszarką. Wilgotność powietrza jest w tych okolicach tak duża, że nocą nic nam nie schło, ale wystarczyło przymocować mokre ręczniki czy koszulki do plecaka, i na trasie w słońcu schło wszystko błyskawicznie.




Kawałeczek dalej natknęliśmy się na tablicę, która jest wyjątkowo przydatna na ACT. Na trekkingu w Himalajach z wysokością trzeba bardzo uważać, generalna zasada jest taka, że począwszy od przekroczenia pułapu 2 500 m npm, trzeba tak planować noclegi, żeby spać nie wyżej niż 500 m od poprzedniego noclegu, przy czym zaleca się zrobić sobie spacer na wyższą wysokość, pobyć tam trochę, i wrócić na nocleg niżej, żeby organizm miał czas się dostosować. I tego trzeba się trzymać, bo ilość hojraków, którym się wydawało, że to bzdury dla mięczaków, a zostali zwiezieni helikopterem w stanie krytycznym albo jeszcze gorszym, jest w każdym sezonie niewiarygodna. My wszyscy sztywnieliśmy, ile razy widzieliśmy helikopter lecący z Manang, gdzie jest punkt medyczny i ewakuacyjny, a nie było dnia żebyśmy nie widzieli jak leci. Trzeba też bardzo dużo pić, zwłaszcza rano, i regularnie jeść. My doliczyliśmy się, że średnio piliśmy co najmniej 7 litrów płynów. Dlatego bardzo przydatne na trasie są termosy, butelki, filtr i przystanki w teahouse’ach na herbatki.


Po wielu godzinach marszu dotarliśmy do doliny, w której położona jest wioska Tal. Tu zatrzymaliśmy się na obiad.


Zjedliśmy pyszny lekki obiadek i ruszyliśmy, bo jeszcze tego dnia mieliśmy do pokonania kolejny duży odcinek trasy. Najpierw szliśmy przez chwilę brzegiem rzeki, tu Bijay’a pokazał nam miejsce, w którym były kiedyś domy. Stały tak aż do czasu, kiedy w porze monsunowej przyszła w nocy taka fala, że zmiotło je bez śladu, z mieszkańcami w środku.






Tu musieliśmy iść drogą, bo niestety w tym miejscu szlak NATT został zniszczony przez rzekę, która znowu pokazała swoja niewiarygodną siłę i w efekcie jej działania osunęło się zbocze na całkiem solidnym odcinku.




Przyzwyczajeni do naszych jednostek miary i czasu, ucieszyliśmy się ogromnie, no bo co to jest 4 km do pokonania. Ale nie wzięliśmy pod uwagę tego, że to są nepalskie kilometry. Możecie nam wierzyć, one są inne, i to nie tylko nasza opinia, ale bardzo popularne spostrzeżenie wielu wędrowców.
Umęczeni już tego dnia nieziemsko wreszcie dowlekliśmy się do Dharapani, która to mieścina jest dość rozległa. I oczywiście okazało się, że Bijay’a prowadzi nas na sam jej koniec, do teahouse’u prowadzonego przez jego siostrę. Ale warto było wlec się te kolejne kilkaset metrów, bo warunki w domkach, które dostaliśmy bardzo przyjemne, a obiad, który nam zaserwowała gospodyni był po prostu znakomity.

Chwilę posiedzieliśmy rozmawiając, ale zmęczenie robiło już swoje, dlatego porozchodziliśmy się do naszych domków i biegiem wskoczyliśmy do łóżek, bo tu noc była już solidnie zimna.