
Rano trochę zesztywniali z zimna, bo teahouse’y w Nepalu nie są ogrzewane, pomaszerowaliśmy na śniadanie, żeby móc szybko i sprawie wymaszerować na trasę.



Po posiłku zgarnęliśmy plecaki i w drogę… Ale najpierw musieliśmy zarejestrować się w punkcie kontrolnym, bo poruszanie się po terenie parku narodowego Annapurna wymaga posiadania specjalnej przepustki, którą okazuje się w kolejnych punktach kontrolnych. Dzięki temu lokalne władze wiedzą, ilu wędrowców jest na trasie, co pomaga sprawdzić, czy ktoś nie zaginął, albo przy konieczności ewakuacji. Czy to przydatne? Tak, i to niestety bardzo.

Nasze przepustki zostały pięknie opieczętowane, mogliśmy ruszać. Korzystając z chłodu poranka maszerowaliśmy całkiem sprawnie i dość szybko dotarliśmy do Bagarchhap, który leży na wysokości 2 060 m npm. Tu zrobiliśmy przerwę na herbatkę i napawanie się krajobrazami.

Stąd pierwszy etap musieliśmjy pokonywać drogą, ale po kilku zakrętach na szczęście zobaczyliśmy już biało-czerwone oznakowanie trasy i mogliśmy zejść na nasz ulubiony NATT.

Łatwo nie było, bo trasa do Timang to głównie wdrapywanie się po schodach, ale było za to pięknie, bo szliśmy przez archaiczny omszały las przypominający nam mocno malezyjski Misty Forest.

Kiedy wdrapaliśmy się na szczyt wzgórza, pomiędzy drzewami pojawił się widok na góry.

Oczywiście za chwilę nasza trasa poprowadziła nas w dół. W dodatku okazało się, że ostatni monsun uszkodził mostek na naszej drodze, musieliśmy przejść przez wodę.

A co nas czekało za strumieniem? Oczywiście kolejne podejście.

Wreszcie dotarliśmy do Timang, całkiem przyjemnej miejscowości. Jej największym atutem jest przepiękny widok na Manaslu (to 8 pod względem wysokości góra świata) i Himalchuli (20 co do wysokości góra świata).


My twardo parliśmy dalej, raz idąc szlakiem NATT, a chwilami drogą, gdy się one łączyły.



Tu mieliśmy do pokonania zabawny odcinek, bo najpierw przyszło nam maszerować przez prawdziwą dżunglę z krzaków marychy, żeby po chwili musieć skakać po murkach oddzielających pola. Jak się ma w nogach tyle kilometrów ile mieliśmy, a do tego plecaki, takie akrobacje nie wychodziły nam zgrabnie, ale daliśmy radę.




Wreszcie dotarliśmy do kolejnego punktu kontrolnego, tuż przed Chame. Zarejestrowaliśmy się i chwilkę poświeciliśmy jeszcze na zwiedzenie małej świątyni.



Ten odcinek trasy zdecydowanie był najbrzydszy, głównie z tego powodu, że Chińczycy budują tam kolejną elektrownię wodną. W efekcie trzeba iść po drodze, na której kursują ciężarówki. A że wywożą mokrą ziemię, droga w tym miejscu to jedno wielkie błocko.
Na szczęście z nadejściem późnego popołudnia zobaczyliśmy przed sobą bramę powitalną Chame (2670 m npm), celu naszej wędrówki tego dnia.

Bijay’a znalazł nam miejsca w teahouse’ie, więc szybko odstawiliśmy plecaki i poszliśmy na gorącą herbatę.


Zamówiliśmy obiad na wieczór i poszliśmy z Bijay’ą na wieczorny spacer po okolicy.




Są tu świątynie, a nawet działający bankomat, ale uwaga – tak w Chame jak i Manang bankomaty obsługują tylko karty VISA.

Kiedy tak kręciliśmy się po Chame, spotkaliśmy pana, którego wcześniej widzieliśmy na trasie. Okazało się, że roznosi on towary po lokalnych sklepikach, niosąc je na głowie.

Zrobiło się zimo, ciemno i późno, dlatego poszliśmy na nasz obiad, a po nim chwilę jeszcze posiedzieliśmy w cieple.


Pewnie już zauważyliście, że to co jemy po drodze, to dania bezmięsne. No cóż, tu nawet zadeklarowany mięsożerca jakoś tak, po uświadomieniu sobie, że tu nie ma sklepów z lodówkami, a po drogach nie jeżdżą cieżarówki chłodnie, woli przejść na dietę wegetariańską. A że nepalska kuchnia jest bardzo smaczna i świetnie przyprawiona, to te dania wege są pyszne.
Wreszcie nadszedł czas, żeby szybko przemknąć do naszych pokoi, bo noc była zimna, a to oznaczało wyjście na zawnątrz, a potem spanie w nieogrzewanym pomieszczeniu. Ale czego się nie robi dla przygody.