Wstaliśmy, jak to my, wcześnie i szybko pomaszerowaliśmy na śniadanie, żeby móc jak najszybciej wystartować w drogę.


Pierwsze kroki to było przyzwyczajanie się do dźwigania na plecach całego naszego dobytku. Co prawda jeszcze w kraju robiliśmy z naszym sprzętem wypady w góry, ale czym innym jest kilkugodzinne dreptanie, a czym innym długi trekking. Na szczęście nasze plecaki okazały się kapitalnym nabytkiem, i mimo tego, że panowie nieśli po około 14 kg, a damska wersja ważyła blisko 10 kg, po prostu nie czuliśmy tego ciężaru.
Co zupełnie nie znaczy, że teraz, nauczeni doświadczeniem, spakowalibyśmy się tak samo. Oj, sporo by jednak z naszego bagażu wyleciało. Zwłaszcza chodzi tu o rzeczy, o których często słyszeliśmy, że „to trzeba koniecznie ze sobą brać”.
Standardowo, jak to my, postanowiliśmy iść ile tylko się da trasą NATT (Natural/New Annapurna Track), a przede wszystkim bez skracania drogi podjeżdżaniem jeepem, jak obecnie robi 95 procent osób próbujących przejść ACT. I tu zdecydowanie uważamy, że to była znakomita decyzja. Początek trasy jest absolutnie przepiękny, w dodatku wszystko to było właściwie tylko dla nas, bo spotykaliśmy w tych pierwszych dniach tylko pojedynczych wędrowców. A radość mieszkańców tych okolic, z tego, że ktoś jednak się decyduje przejść przez ich tereny, też była dla nas bezcenna. Zanim powstała droga, przez ich wioski wiodła trasa trekkingu, w każdej mieścinie był co najmniej jeden teahouse albo restauracja. Teraz mijaliśmy popadające w ruinę porzucone teahouse’y, bo odkąd jeepy mogą jeździć nową trasą, mało kto się tu zatrzymuje. A wierzcie nam, absolutnie warto. Przyroda jest tu oszałamiająca, przez pierwsze dwa dni szliśmy w chmurze przepięknych wielokolorowych motyli, które z jakiegoś dziwnego powodu postanowiły nam towarzyszyć. Do tego niesamowity kontrast kolorów pól ryżowych, lasów i gór, po prostu zapierał nam dech z zachwytu.
Ale wróćmy do początku – wychodząc z Besisahar musieliśmy pierwsze kilka kilometrów przejść drogą, choć znaleźliśmy oznaczenie szlaku NATT, to jednak po porze monsunowej ten odcinek nie nadawał się do przejścia, o czym powiedział nam miły starszy pan, którego mijaliśmy.
Dopiero uczyliśmy się, co potrafi zrobić monsun, ale sami możecie lepiej to zrozumieć patrząc choćby na to zdjęcie, pokazujące jak ulewa oderwała spory kawał drogi.




Wreszcie docieramy do miejsca, gdzie schodzimy z drogi i wchodzimy na NATT, i tu niemal od razu czeka nas pierwsze przeżycie – pierwszy do pokonania most wiszący.




Koło 13:00 zmęczeni i zgrzani zeszliśmy znowu do poziomu rzeki i tak dotarliśmy do Bhulbhule, niewielkiej mieściny. Tu ku naszej wielkiej radości znaleźliśmy działający teahouse i postanowiliśmy zatrzymać się w nim na obiad. Miejsce było przepiękne, ukryte wśród zieleni, z huczącą rzeką tuż obok i przemiłym godpodarzem i jego uroczym synkiem.




Najedzeni i napojeni z żalem pożegnaliśmy Bhulbhule i ruszyliśmy dalej.



Za chwilę musieliśmy z zachwytu zrobić kolejny przystanek, bo doszliśmy do przepięknego wodospadu.

Oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić podejścia tak blisko tej spadajacej tafli wody, jak tylko się dało. Przy panującej temperaturze taki ożywczy prysznic, to była radość.
Ale to jeszcze nie był nasz cel na ten dzień, dlatego bohatersko ruszyliśmy dalej.



Zrobiło się już późne popołudnie, dlatego zdecydowaliśmy, że tu szukamy noclegu. Choć raczej musielibyśmy powiedzieć, że to nocleg nasz szukał, bo na nasz widok z kilku domów wybiegły panie, które zaczęły nas zapraszać. Nie byliśmy pewni, co wybrać, dlatego obeszliśmy wioskę, żeby wreszcie zdecydować się na właściwie pierwszą z miejscówek, którą mijaliśmy. Pani, która nas zapraszała, mówiła, że dostaniemy u niej pyszne jedzenie, i musimy potwierdzić, gotowała znakomicie. A miejsce było ślicznie położone, z ładnym ogródkiem, i choć warunki były mocno spartańskie, to było czyściutko i bardzo miło.


Zamówiliśmy sobie porządną kolację, a czas, zanim nasza gospodyni ją przygotowała, wykorzystaliśmy na spacer po okolicy. Tak, jeszcze nam nie było mało tego dreptania. Nad samym Ngadi wznosi się wzgórze, do którego prowadza schody, oczywiście musieliśmy sprawdzić, co jest na szczycie. Nasz wysiłek został nagrodzony, miejsce było jak z bajki.



Wreszcie zmęczeni, ale usatysfakcjonowani wróciliśmy do naszej gospodyni. Dostaliśmy przepyszny dal bhat na kolację, a że tuż po nas w tym samym miejscu postanowiła się zatrzymać para naszych rodaków, spędziliśmy bardzo miło wieczór na opowieściach i rozmowach.
Wreszcie udając obojętność wobec rezydującego pod prysznicem grubego pająka, umyliśmy się i pomaszerowaliśmy spać. Hmm, spanie… To drażliwy temat w Himalajach. To była pierwsza „trudna” pod tym względem noc, bo Ngadi leży tuż nad rzeką, w efekcie czuliśmy się jakbyśmy leżeli pod ogromnym wiatrakiem czy klimatyzatorem, huczącym nad głową. Ale przynajmniej wygodnie leżeliśmy i odpoczywaliśmy aż do rana.