Jeszcze późnym popołudniem dzień przed planowanym wyruszeniem w trasę wcale nie byliśmy pewni, czy uda się nam wyjechać z Kathmandu. Tajfun, który rozszalał się w sobotę w Nepalu spowodował takie zniszczenia i osuwiska, że wszystkie autobusy, które wyruszyły tego dnia w drogę zostały zawrócone, a wszystkie główne drogi zamknięto ze względów bezpieczeństwa. Nasz nieoceniony Raj ostrzegł nas, że możemy mieć problem ze zdobyciem biletów, bo pierwszeństwo mieli ci podróżni, którzy czekali na transport od soboty. Na szczęście wieczorem w niedzielę czekała na nas w hotelu dobra wiadomość – Raj zdobył dla nas miejsca i wcześnie rano zaprasza nas na śniadanie, a zaraz po nim zabierze nas na dworzec autobusowy. Jak obiecał, tak zrobił – wpakował naszą trójkę razem z plecakami do swojego własnego samochodu i odstawił bezpośrednio pod drzwi naszego kolejnego środka lokomocji. Jak to Raj określił, czekała nas lokalna atrakcja, bo miejsc w dużych autobusach nie było, za to załatwił nam przejazd lokalnym busem, którym podróżują miejscowi.

Nasz pojazd

Plecaki zostały załadowane na bagażnik na dachu, a my wcisnęliśmy się do środka. Mieliśmy do przejechania 180 km, dystans, którego pokonanie u nas zabiera niewiele czasu. Ale to tak nie działa w Nepalu. Pierwsza lekcja jaką musieliśmy sobie przyswoić, to taka, że jednostki czasu i odległości w Nepalu są diametralnie różne od tych, do jakich przywykliśmy w domu. Te 180 km w Nepalu pokonuje się zazwyczaj w 7-11 godzin. Niewiarygodnie to brzmi, prawda?! Ale możecie nam wierzyć, błyskawicznie zaczynacie rozumieć skąd się to bierze, już od pierwszych kilometrów jazdy.

Tak wygląda trasa, która według naszych standardów powinna nam zabrać 2,29 godziny.

Skąd się to bierze? A stąd, że większość tej drogi to pokonywanie szalonych serpentyn, i nieustanne wdrapywanie się na jakąś górę, tylko po to, żeby za chwilę zjechać na sam jej dół, żeby znowu zacząć mozolnie wjeżdżać na następna. Do tego dochodzi stan techniczny tych dróg – tylko na niektórych odcinkach jest asfalt, czasami zanika, a czasami ginie pod zwałami osuwisk ziemi i skał. W efekcie nie da się na tych drogach jeździć szybciej niż 50 km/h, a znacznie częściej jest to maksymalnie 30 km/h. Tajfun zrobił nam dodatkowego psikusa, bo mniej więcej w połowie drogi ulewny deszcz zmył pół jezdni nad przepaścią, i wprowadzono ruch wahadłowy, przez co godzinę czekaliśmy na swoja kolej przejazdu.

Brzmi to groźnie, ale to jedno z ciekawszych przeżyć w Nepalu. W dodatku byliśmy jedynymi obcokrajowcami w naszym busiku, pozostali pasażerowie dość często wymieniali się po drodze, bo w kolejnych mieścinkach dosiadały się kolejne rodziny, a inne z nami się żegnały. W pewnym momencie jechało nas blisko 30 osób, chociaż busik teoretycznie planowany był na kilkunastu pasażerów. Ale było miło i zabawnie. Pan kierowca włączył muzykę, mocno w bollywoodzkim stylu, czym ucieszył bardzo naszych towarzyszy podróży. Rodzina siedząca za nami z pełnym oddaniem śpiewała razem z artystami te szlagiery, a my mieliśmy dziwne wrażenie, że to ciągle jedna i ta sama piosenka, tylko z jakiegoś dziwnego powodu trwająca kilka godzin.

Serpentynki

Po drodze mijamy kolorowe ciężarówki
I odpornych na kurz motocyklistów
Lokalny środek transportu, bardzo popularny jak widać
I następny, jeszcze bardziej popularny
Mijamy miasteczka
I mieszkańców

Zrobiliśmy krótki postój, gdzie mieliśmy pierwsze zetknięcie z luksusowymi toaletami.

Hmm, którędy do Japonii…

Znaczną część drogi pokonywaliśmy jadąc wzdłuż brzegu rzeki Marsyangdi, z którą w kolejnych dniach będziemy się blisko zaznajamiać.

Rzeka Marsyangdi
Czekamy na naszą kolej, żeby przejechać nad przepaścią
Ale gdy czeka się w takich okolicznościach przyrody, to sama przyjemność

Wreszcie koło 17:00 dotarliśmy do naszego celu, czyli Besisahar. Nie mieliśmy zaklepanego tu żadnego noclegu, ale bez żadnego problemu znaleźliśmy bardzo przyjemny hotelik w dobrym europejskim standardzie.

Zostawiliśmy plecaki i poszliśmy jeszcze rzucić okiem na miejsce, skąd następnego dnia mieliśmy rozpocząć nasz trekking, a wracając wdrapaliśmy się na taras restauracji, w której zamówiliśmy sobie ostatni „cywilizowany” obiad.

To białe to specjalnie spreparowany ryż
Pikantny smażony makaron
I ostatnie piwo, za to z yakiem na pociechę

A rano zobaczyliśmy taki widok z balkonu