Nasza szalona podróż do Nepalu zaczęła się burzliwie, a właściwie monsunowo. Wsiedliśmy na lotnisku w Sharjah do samolotu, po czym kapitan ogłosił, że w związku z bardzo trudnymi warunkami pogodowymi nad Kathmandu musimy poczekać na pokładzie na okienko pogodowe. Przesiedzieliśmy tak godzinę, po czym wreszcie przyszły dobre wiadomości: monsun słabnie – lecimy. No dobrze, tylko słabszy monsun, to nadal nie przelewki, faktycznie nad Nepalem lało, rzucało nami i to tak skutecznie, zaświeciły się wszystkie światła awaryjne, stewardessy nie dawały rady ukryć zdenerwowania, a nasz samolot zataczał kolejne koła nad lotniskiem. Dopiero po 7 czy 8 okrążeniu udało się nam szczęśliwie wylądować, wraz z 3 innymi samolotami, co było dużym osiągnięciem, bo wszystkie wcześniejsze loty zostały przekierowane do New Delhi. I teraz wyobraźcie sobie dość małe lotnisko, na którym w środku nocy równocześnie lądują 4 samoloty. A w Kathmandu najpierw trzeba odstać swoje, żeby zapłacić za wizę (opłacenie jej przez internet nic nie daje, bo w tym samym okienku pan potwierdza, że wpłata przeszła), po czym przechodzi się do kolejki po wizę. Odstaliśmy wśród cieknącej z dachu wody dobrą godzinę, po czym dostaliśmy upragnioną pieczątkę i pognaliśmy po nasze plecaki. I wyobraźcie sobie, dopiero wtedy zaczęły nasze bagaże wjeżdżać na taśmę.

Byliśmy umówieni z szefem naszego hotelu, że nas zgarnie z lotniska jego pracownik, tyle, że miało to być około 23:00, a zrobiła się już 2:00 w nocy. Rozglądając się za naszym transportem wyszliśmy z terminala, co wyglądało tak.

Pierwsze chwile w Nepalu

Jakimś cudem nasz kierowca nas w tym tłumie wypatrzył i poprowadził do samochodu. Ale żeby nie było tak łatwo, to żeby się do niego dostać, przełaziliśmy przez barierki ogrodzenia, z tymi naszymi ciężkimi plecakami. Wreszcie wpakowaliśmy się w piątkę, wliczając kierowcę i jakiegoś amerykańskiego turystę do auta, a raczej autka. Noc ciemna, deszcz leje, a ze środka sufitu naszego pojazdu woda lała się ciurkiem. Okna natychmiast zaparowały, ale nasz radośnie uśmiechnięty kierowca był na to znakomicie przygotowany – co chwilę łapał sporą szmatę, i przecierał przed sobą szybę, żeby cokolwiek widzieć. Już sama próba wyjazdu spod terminalu dała nam pierwszą lekcję tego jak jeżdżą Nepalczycy. Potem wielokrotnie słyszeliśmy od nich – wiecie, my jesteśmy „crazy drivers”, i to całkowita prawda. Tak szalonej jazdy jak w tym kraju jeszcze nie widzieliśmy, a zjechaliśmy już kawał świata.

Taksówka w Kathmandu

A to nasz przeciekający pojazd

Mocno oszołomieni i wymęczeni wreszcie dojechaliśmy do hotelu, gdzie sił starczyło nam tylko na szybki prysznic i władowanie się do łóżek.

Zatrzymaliśmy się w hoteliku Yambu, położonym tuż przy Thamel, ale w cichym zakątku, co jest dużą zaletą, bo Thamel, zwłaszcza nocą jest gwarny i hałaśliwy. Ale największym plusem tego hoteliku jest jego szef Raj. To były przewodnik, który zna wszystkich i wie wszystko, a jeszcze więcej potrafi załatwić. To dzięki niemu nie musieliśmy się właściwie o nic martwić. Rano dostaliśmy pyszne śniadanie, po czym Raj wysłał swojego pracownika do banku, żeby nam wymienił dolary na rupie nepalskie, a my w tym czasie poszliśmy na pierwszy krótki spacer po Thamel.

Malutka świątynia na Thamel
Thamel w słońcu

W hotelu czekał na nas gruby stos banknotów w banderolkach,bo wartość rupii liczy się w naszych groszach. Teraz czas było przejść do zadania numer dwa, czyli kupna kart sim. Można je dostać na lotnisku, ale że lądowaliśmy tak późno i to w dodatku w świąteczny wieczór, postanowiliśmy kupić je już w mieście. Gdybyście zastanawiali się jaką kartę kupić, to jeżeli idziecie w góry, najlepsze są z NTC, NCell sprawdza się tylko w miastach, bardzo szybko się to potwierdziło w czasie naszej wędrówki. Na szczęście wiedzieliśmy o tym, i postanowiliśmy przejść się do biura NTC, gdzie można je kupić, a przy okazji poznawaliśmy Kathmandu.

Pierwsza stupa, jaką zobaczyliśmy
Podwórko w Kathmandu
Wszędzie widać skutki tragicznego trzęsienia ziemi z 2015 r.
Kolejny ślad trzęsienia ziemi
Kolejna świątynia
I genialna plątanina kabli
To dziwo, to pieniądze przybite na rogu ulicy dentystów. Jeżeli dentysta słabo pomaga, to trzeba złożyć ofiarę bogom, wtedy już na 100% ząb nie będzie bolał.

Krążyliśmy tak, oglądając uliczki, zabytki, świątynie i ludzi.

Wszechobecne w Kathmandu psy

Dotarliśmy do pięknego placu Durbar, tym razem nie mieliśmy czasu, żeby go porządnie zwiedzić, ale wrócimy tu na końcu naszego pobytu.

Plac Durbar to kompleks pałacowo-świątynny
Kolejna stupa o czterech twarzach

Wreszcie dotarliśmy do biura NTC, gdzie mieliśmy pierwsze zetknęcie się z typową mentalnością Nepalczyków. Szybko zrozumieliśmy, że w tym kraju chyba najczęściej wypowiadanym zdaniem jest „why not?!” Bo według Nepalczyków nie ma rzeczy, której się nie da zrobić czy załatwić. Choć sami mówią, że w ich kraju system (czyli państwo) nie działa, to sami tak znakomicie się organizują, że wszystko da się załatwić. A wygląda to na przykład tak: z jakiegoś dziwnego powodu biurokraci w Nepalu uwielbiają zdjęcia i wklejanie ich do wszystkich możliwych formularzy. Również do wniosku o zakup karty sim. Akurat w ferworze pierwszego dnia zapomnieliśmy jednego zdjęcia, zostało w hotelu. Pani ochronarz, która z jakiegoś dziwnego powodu wydaje i obsługuje wnioski w NTC, spokojnie nakleiła te zdjęcia, które jej daliśmy, po czym gdy przyszła kolej formularza, do którego nie mieliśmy zdjęcia, spokojnie posmarowała go klejem, po czym klej przetarła kartką i z szelmowskim uśmiechem powiedziała: „o, i zdjęcie odpadło”. I wszystko się dało załatwić, jeszcze sama nam zainstalowała te karty sim i esim w naszych telefonach.

Zadowoleni z wykonanego zadania ruszyliśmy w kierunku naszego hotelu, po drodze robiąc ostatnie zakupy sprzętu i leków, bo Thamel to dzielnica w której większość sklepów to przybytki oferujące wszelki sprzęt trekkingowy i wspinaczkowy, pomiędzy które powciskały się jeszcze sklepiki z pamiątkami i lokalnymi rzemiosłem.

Dzień się już kończył, dlatego zatrzymaliśmy się na obiad, gdzie zafundowaliśmy sobie nasz pierwszy dal bhat, czyli absolutnie ukochane i najpopularniejsze danie wśród Nepalczyków. Chwilę jeszcze pokręciliśmy się po gwarnym nocnym Thamel’u zaglądając do kilku klubów i barów, ale musieliśmy dość wcześnie wrócić do hotelu, bo nasz plan był taki, że następnego dnia wcześnie rano wyruszamy do Besisahar.