
Kolejny raz obudziło nas słońce, więc postanowiliśmy nie tracić nic z pięknego poranka i bez robienia przystanku na śniadanie ruszyliśmy w drogę. Tym razem postanowiliśmy spenetrować okolice DUMBO. Tak właśnie nowojorczycy nazywają jedną z najbardziej obfotografowanych miejscówek w Nowym Jorku. Nazwa ta to po prostu skrót od Down Under the Manhattan Bridge Overpass, czyli okolic nadbrzeża East River pomiędzy mostami Brooklyn i Manhattan. Podjechaliśmy tam metrem, z przygodami, bo okazało się, że na sobotę zaplanowano jakieś prace remontowe, przez co zmieniono trasę naszej linii. Na szczęście szybko udało się nam przeskoczyć do kolejnego pociągu, który tym razem zabrał nas we właściwe miejsce.
Wyszliśmy ze stacji metra i ruszyliśmy w kierunku Washington St., ciesząc się spokojem tego poranka, i tym, że trafiliśmy w to miejsce zanim zalały je tłumy turystów chcących zrobić sobie tu zdjęcie.


Miejsce jest faktycznie piękne i robi wrażenie, i w dodatku nie jest to jedyna atrakcja tej okolicy. W uroczej kawiarence zaopatrzyliśmy się w kawę i bajgle, po czym pomaszerowaliśmy w kierunku rzeki, na śniadanie z widokiem na East River i Manhattan.







Postanowiliśmy rozejrzeć się trochę po dzielnicy Brooklyn, zwłaszcza po zielonym Brooklyn Hights.





Brooklyn Hights na uroczy klimat i wreszcie tu nie słychać tego zgiełku i hałasu, który otaczał nas na Manhattanie. Z przyjemnością pokręciliśmy się tych uliczkach, a potem posiedzieliśmy chwilę w parku, ciesząc się cieniem i podglądając odbywające się tu zajęcia sportowe dla dzieciaków. Patrzyliśmy na dzieciaki i ich rodziców i na to, jak naturalne jest dla nich działanie w grupie, i takie natychmiastowe socjalizowanie się. Fajnie się to oglądało, choć to zupełnie odmienna od naszej mentalność.
Wreszcie ruszyliśmy zrealizować kolejny nasz cel, czyli przejście przez cały Brooklyn Bridge w kierunku Manhattanu. To najlepsza naszym zdaniem wersja tego spaceru, bo gdy idzie się z tego kierunku, to jak stopniowo rozwija się przed naszymi oczami panorama Manhattanu, po prostu zapiera dech.





Na moście można poczytać o tym jak powstawał, jaką zastosowano tu technikę, dlatego szliśmy sobie po nim wolno, czytając i chłonąc widoki.

Zrobiło się bardzo gorąco, a że w dodatku po tych kilku dniach biegania po mieście mocno nas już bolały nogi, wpadliśmy na genialny pomysł, co zrobić z resztą tego dnia. Zdecydowaliśmy, że będzie to sobota promów. Najpierw wybraliśmy się promem linii Astoria aż po Hell Gate Bridge, robiąc sobie krótki przystanek w Astorii. Chwilę się tam poszwendaliśmy, ale szybko zrobił się już tak niemiłosierny skwar, że postanowiliśmy całkiem uciec z miasta.



Na Dolnym Manhattanie przeskoczyliśmy na kolejny prom, bo naszym popołudniowym celem był ocean. Płynęliśmy tak ciesząc się chłodną bryzą, słońcem i pięknymi widokami.


Przepłynęliśmy pod mostem Verrazzano-Narrows, który przez większą część drugiej połowy XX wieku był najdłuższym mostem wiszącym na świecie, a nawet teraz jest największym mostem tego typu w USA. Łączy on Brooklyn z Staten Island, rozdzielone cieśniną the Narrows.

Płynęliśmy dalej, mijając sławną plażę Coney Island, z parkami rozrywki. Dojeżdża tu linia metra Q, dlatego latem to jedno z ulubionych miejsc wypoczynku nowojorczyków. Plaża jest rozległa, ma 4 km długości, wielki deptak, restauracje i jeśli komuś nie straszne są tłumy, to dobry adres. Ale my akurat tłumów nie lubimy, więc płynęliśmy dalej.

Wreszcie dopłynęliśmy do półwyspu Rockaway, wyskoczyliśmy na przystani i ruszyliśmy w kierunku plaży Rockaway Beach.

Chwilkę szliśmy wśród malutkich i zabawnych domków plażowych, które zaprowadziły nas do pięknej plaży i Oceanu Atlantyckiego. Miejsce jest rzeczywiście piękne, bardziej dzikie i olśniewające w zachodzącym słońcu. Oczywiście chociaż chwilę musieliśmy pobrodzić w oceanie, nie mogliśmy oprzeć się takiej pokusie.


Zachodziło juz słońce, musieliśmy więc już ponownie wskoczyć na pokład promu wracającego na Manhattan. I znowu nocna panorama Manhattanu nas po prostu oczarowała.



Mieliśmy jeszcze ochotę na kolejny koncert, niestety sobota to dzień, w którym wciśnięcie się do jakiegoś klubu graniczy z cudem, a nawet jeśli uda się Wam wcisnąć, to gwar w środku jest taki, że nie sposób usłyszeć nawet jednej nutki. Spróbowaliśmy w kilku miejscach w Greenwich Village, aż wreszcie zniechęceni poddaliśmy się i resztkę sił zużyliśmy na grzeczne dowleczenie się do naszego hotelu.