
Ten dzień wiąże się z naszym najwspanialszym przeżyciem w Nowym Jorku i chyba najczęściej te chwile wspominamy. Tak właśnie się dzieje, gdy para wielbicieli muzyki trafi w do miasta będącego Mekką dla artystów z całego świata. My ten dzień zaczęliśmy z wysokiego C, bo uzmysłowiliśmy sobie, że właściwie do sławnego Lincoln Center mamy całkiem blisko, dlatego poranek rozpoczęliśmy od spaceru do siedziby sławnej Metropolitan Opera. Niestety, brak kreacji innych niż spodnie trekkingowe powstrzymał nas od wybrania się na spektakl, ale przynajmniej z radością podziwialiśmy prezentowany przez wejściem do opery plakat, reklamujący spektakl z naszym sławnym tenorem Piotrem Beczałą.


Częścią kompleksu Lincoln Center, obok sławnej Akademii Tańca, jest też znajdująca się po sąsiedzku jedna z najsławniejszych szkół muzycznych świata, czyli The Juilliard School. Posiedzieliśmy sobie przez chwilę tuż przed nią, obserwując wchodzących tam studentów. I przyznajemy, robiliśmy to z dużą dozą zazdrości, choć obiektywnie musimy przyznać, że nam akurat natura dość mocno poskąpiła talentu muzycznego, przez co nasza miłość do muzyki jest czysto platoniczna. Ale sama myśl, że można studiować w takim miejscu, cóż…, rozmarzyliśmy się po prostu.


Pocieszając się myślą, że może jeszcze uda się nam kiedyś zobaczyć jakiś spektakl w tym miejscu, ruszyliśmy w kierunku przeciwległego brzegu Manhattanu, czyli ku rzece Hudson. Tak się nam spodobało to podróżowanie promami, że postanowiliśmy tego dnia zafundować sobie rejs i po tamtej stronie, dlatego ruszyliśmy w kierunku portu.


Kilka kroków dalej, na molo 86 zobaczyliśmy znaną z filmów imponującą sylwetkę lotniskowca Intrepid. Tu mieści się muzeum morza, lotnictwa, a nawet wypraw kosmicznych, można zobaczyć samoloty, łódź podwodną, a nawet prom kosmiczny. My co prawda byliśmy w nastroju mocno pacyfistycznym, przez co nie zdecydowaliśmy się na zwiedzanie, ale udało się nam dojrzeć sławne Tomcat, czyli F-14.



Gapiąc się na panoramę Manhattanu dotarliśmy wreszcie do przystani, gdzie wskoczyliśmy na pokład promu, który zabrał nas do Financial District.



Tuż za przystanią natrafiliśmy na taką zieloną enklawę, która okazała się miejscem pamięci o Głodzie w Irlandii. Że wszelka forma zieleni nas zawsze przyciąga, poświęciliśmy temu miejscu kilka chwil, i musimy przyznać, że warto. Jest tu pięknie, spokojnie, pomnik emanuje melancholią, co w tym szalonym mieście aż szokuje odmiennością klimatu.
Spędziliśmy chwilę napawając się pięknymi widokami z Battery Park, po czym zanurkowaliśmy w hałaśliwe ulice Financial District.




Minęliśmy drogę prowadzącą na most Brooklyn, i na widok zmierzających tam tłumów ucieszyliśmy się, że nie wybraliśmy sobie go za cel zwiedzania tego dnia. Za to chwilę postaliśmy podziwiając majestatyczny The Manhattan Municipal Building, jeden z największych budynków administracyjnych na świecie i pierwszy z budynków Manhattanu, w który wbudowano stację metra. Jest monumentalny, niewiarygodnie zdobiony. Trochę tak, jakby ktoś wymieszał architekturę Wiednia ze starożytnym Rzymem i nadmuchał to do niesamowitych rozmiarów.




Ruszyliśmy dalej, mijając znany z wiadomości i filmów budynek Sądu Stanu Manhattan, po czym minęliśmy mocno ekscentryczny budynek The Tombs, czyli dawne więzienie na Dolnym Manhattanie.


Dzielnie dreptaliśmy dalej przed siebie – przeszliśmy sławne Chinatown, gdzie nawet McDonald’s ma chińskie napisy, przeszliśmy Little Italy, pięknie przystrojoną dzielnicę włoską, gdzie zafundowaliśmy sobie pyszne lody smakujące tak jak te, które jedliśmy na Sycylii czy w Rzymie.






Tu się przyznamy do grzesznych pragnień – maszerowaliśmy tak zawzięcie cały czas rozglądając się za jakimś przybytkiem, w którym dałoby się wypić piwo. Stopień zmęczenia osiągnęliśmy znaczny, dzień był gorący, więc odwodnienie też już nam zaczynało doskwierać, a w takich sytuacjach nie ma jak dobry zimny browarek. I tu spotkała nas bolesna niespodzianka, bo przed godziną 13 znalezienie przybytku oferującego na Manhattanie ten złoty napój graniczy z cudem. Owszem, można kupić w sklepie, ale kulturalnie wypić nie ma gdzie. I tak spragnieni i zmęczeni postanowiliśmy podreptać ulicą Broadway w kierunku północnego Manhattanu. Wbrew popularnemu przekonaniu Broadway to nie tylko skupisko teatrów. Teatry owszem są, ale głównie pomiędzy kilkoma przecznicami na wysokości Times Square, podczas gdy sama Broadway jest jedną z najdłuższych ulic świata, ma łącznie 240 km, z czego tylko 21 km biegnie przez Manhattan. Ma ona swój początek przy Battery Place, czyli przy południowym końcu Manhattanu, skąd biegnie ku północy i kończy się dopiero w hrabstwie Westcher. Budynki na jej manhattańskim odcinku są w większości dość imponujące i eleganckie, a jeden z jej naładniejszych odcinków to okolica sławnego Flatiron. I wyobraźcie sobie naszą ulgę, tu właśnie, u stóp Flatiron znaleźliśmy barek z ogródkiem, oferujący piwo. Tak przy okazji, to amerykańskie piwo ciężko zaliczyć do najlepszych na świecie, ale w tych warunkach to była ambrozja.







Oczywiście jak zawsze skusiła nas ta oaza zieleni, czyli Madison Square Park. Bardzo przyjemny niewielki park z miłą atmosferą, akurat trafiliśmy na dzień z muzyką, gdzie niewielki zespół grał jazz i miło było posiedzieć sobie w cieniu na ławeczce przysłuchując się i podglądając lokalsów. Bardzo spodobał się nam też specjalny wybieg dla psów, z odrębnymi wejściami dla małych i większych ras.


Po tym relaksie dzielnie pomaszerowaliśmy ku następnemu miejscu, które koniecznie chcieliśmy zobaczyć w czasie naszego pobytu w Nowym Jorku. I bezapelacyjnie stało się ono jednym z naszych ulubionych miejsc tego miasta. A chodzi o The High Line, czyli cudownie zaadaptowany na miejski park dawny odcinek kolejki miejskiej. The High Line został otwarty w 2009 roku i natychmiast zyskał popularność. Zupełnie nas to nie dziwi, bo miejsce jest wspaniałe. To troszkę ponad 2 km spacerkiem, idzie się wysoko, bo większość z tej trasy to zaadaptowany wiadukt kolejowy, wśród pięknie zaaranżowanego naturalistycznego ogrodu, w którego stworzenie zaangażowany był między innymi genialny Piet Oudolf. I te poruszające się wysokie trawy, cień jaki dają drzewa i krzewy, piękne rzeźby wśród zieleni, strumyk i atmosfera spokoju tego miejsca, to taka oaza dająca wytchnienie od tego ogłuszającego miasta.















Stąd mieliśmy już tylko krok do kolejnego miejsca, które chceliśmy zobaczyć, czyli do molo 55. To architektonicznie rzecz ujmując sztuczna wyspa utworzona z wbitych w dno rzeki Hudson 132 betonowych „tulipanach” wypełnionych ziemią. Miejsce jest klimatyczne i bardzo atrakcyjne. Jest tu całkiem spory amfiteatr, gdzie można obejrzeć spektakl lub koncert, są łąki, gdzie można po prostu położyć się na trawie i odpocząć słuchając jak ktoś gra na ustawionym tu ogólnie dostępnym pianie. My mieliśmy szczęście załapać się na taki ad hoc recital dwóch latynoskich dziewczyn, które grały po prostu świetnie.






Zrealaksowani ruszyliśmy stąd żwawo do Greenwich Village, bo tego dnia chcieliśmy dostać się na koncert do sławnego jazzowego klubu muzycznego The Smalls. To malutki klub, ale uważany za jedna z nalepszych scen jazzowych NYC. Ustawiliśmy się w kolejce i szczęśliwie udało się nam zdobyć bilety na występ tego dnia Jason Marshal Quartet. Bilet kosztował 20 dolarów za osobę, do tego trzeba zamówić przynajmniej jednego drinka, a warte to było każdego wydanego przez nas tam centa. Wspaniała muzyka, genialna atmosfera, kameralny występ, po prostu marzenie każdego wielbiciela jazzu. My byliśmy wniebowzięci.





Wciąż przeżywając występ wracaliśmy przez rozświetlony neonami i billboardami Manhattan, przy czym tego dnia część z nich wyświetlała szczególny tego dnia komunikat, jako że był to 9 września 2022.



Wciąż rozemocjonowani, ale też strasznie zmęczeni, dotarliśmy wreszcie do hotelu i padliśmy.