Singapur nas już od dawna kusił, przecież Miasto-Ogród dla wielbicieli przyrody i ogrodów to jak balsam na duszę. Zdjęcia w internecie i to co widzieliśmy w różnych programach dokumentalnych kusiło bardzo. Wiedzieliśmy, że bardzo ciekawie, bardzo zielono, no i że bardzo drogo. Ale przecież raz się żyje, zwłaszcza, że okazało się, że da się całkiem zgrabnie ogarnąć lot z Krakowa do Singapuru, a potem ruszyć dalej. I tak pewnej czerwcowej soboty, kompletnie niewyspani po dobie podróżowania – stanęliśmy wcześnie rano na singapurskiej ziemi, a właściwie na korytarzach singapurskiego lotniska Changi.

Jewel jeszcze przed pokazem
Jewel w pełnej krasie

Ach cóż to za lotnisko… Chociaż straciło ono ostatnio palmę pierwszeństwa w kategorii najlepszego lotniska świata, to jeżeli chodzi o urodę, nadal naszym zdaniem wygrywa bezapelacyjnie. Najsłynniejsza i najpiękniejsza jego część to Jewel. Lądowaliśmy ok. 9 rano, dlatego podeszliśmy tu tuż przed początkiem codziennego spektaklu, dzięki czemu mieliśmy czas, żeby się dobrze rozejrzeć i chłonąć niezwykłą atmosferę tego miejsca. Kilka pięter roślinności, te niezwykłe zapachy (nie tylko naturalne roślinne, bo lotnisko podpisało umowę z Shiseido, które rozpyla tu swoje perfumy) i rozproszone światło tworzą niesamowity klimat. Ale z wybiciem godziny 10 to już była bajka – najpierw rozległa się muzyka i słowa powitania, a wokół okna w dachu zawirowała para wodna i nagle z góry, z wysokości kilku pięter zaczęła płynąć kaskada wody. Oj robi to wrażenie! To najwyższy sztuczny wodospad świata, mierzący bagatela 40 metrów. Nie mogliśmy się napatrzeć, ale trzeba było jednak ruszać, bo czekało nas odkrywanie miasta. Szybko wykupiliśmy sobie w automacie karty turystyczne uprawniające po przejazdów i wkroczyliśmy na stację metra. I tu pierwsza niespodzianka – nie ma torów, są tylko przeszklone ściany po obu stronach bardzo szerokiego peronu. Władze Singapuru pilnują wszystkich aspektów bezpieczeństwa obywateli, stąd wprowadzono rozwiązanie, dzięki któremu nie da się wpaść pod koła kolejki. Wagoniki wjeżdżają na stację za zamkniętymi ścianami szyb, dopiero po zatrzymaniu się całego składu otwierają się drzwi wagonu i rozsuwają się wtedy szklane drzwi, pozwalając wejść bezpośrednio do wnętrza wagonu.

Szybko dojechaliśmy do centrum miasta, wyskoczyliśmy na naszej stacji metra czyli Raffles Place i pognaliśmy do naszego hotelu, żeby zostawić plecaki. Tak a propos – wiecie ile one ważyły?! 5,7 oraz 5,9 kg – tyle zabraliśmy ze sobą na dwutygodniową wyprawę. Da się? Jak najbardziej się da i do tego niczego nam nie brakowało, wręcz przeciwnie, kilka rzeczy się tylko przejechało! Co do hoteli, trzeba przyznać, Singapur jest bardzo drogi. Mamy swoje lata i przyzwyczajenia do pewnych „creature comforts”, dlatego hostele nas nie ciągną, przez to postanowiliśmy głębiej sięgnąć do portfela, żeby mieć w miarę przyjemny hotel z własną łazienką w dość dobrej lokalizacji. A to już jest tu spory wydatek, bo za 2 noce trzeba zapłacić prawie tysiąc złotych. Ale możecie mi wierzyć, Singapur Wam to wynagrodzi przeżyciami i widokami.

Nie ma żadnej przesady w powiedzeniu, że to miasto – ogród. Roślinność jest tu absolutnie wszędzie, a nowoczesne wieżowce Financial District z kilkoma poziomami zielonych tarasów robią ogromne wrażenie.

Niesamowite wieżowce miasta-ogrodu

Zieleń musi być

Do tego dochodzi przyjazność tego miasta. Wszędzie łatwo się dostać, wszystko jest znakomicie oznakowane, a jeśli choć przez chwilę się zawahacie i zaczniecie się niepewnie rozglądać, możecie być pewni, że natychmiast jakiś przechodzień do Was podejdzie z pytaniem, czy może potrzebujecie pomocy albo wskazówek. Ludzie są niesamowicie uczynni. nas rozbroiła zupełnie dziewczyna, która podeszła do nas, kiedy staliśmy w pewnej chwili na ulicy zastanawiając się, gdzie zjeść coś na śniadanie. Kiedy usłyszała, o co chodzi, natychmiast wskazała nam swoją ulubioną kafejkę, dokładnie tłumacząc co mieszkańcy Singapuru lubią jeść na śniadanie, jakich smaków się możemy spodziewać i jaką najlepiej do tego poprosić kawę, żeby było tak bardzo lokalnie. Śniadanie było faktycznie pyszne, a rytuał szykowania kawy naprawdę warto zobaczyć.

Nasz hotel był niedaleko Marina Bay, więc tu skierowaliśmy nasze pierwsze kroki. Po drodze minęliśmy uroczą świątynię stojącą na obrzeżu China Town.

Na skraju China Town

Zatoka, musimy przyznać – to miejsce, które absolutnie nie rozczarowuje, wręcz przeciwnie…

Postanowiliśmy ją obejść całą, bo jest tam co oglądać. Oczywiście góruje nad nią sławny hotel Marina Bay Sands, na którego szczycie goście hotelowi mogą pływać w basenie infiniti podziwiając panoramę miasta, a ceny za noc w nim zaczynają się od 4 tysięcy złotych. Nie jest to jedyne miejsce ociekające luksusem w zatoce – na wodzie przed promenadą Marina Bay Waterfront pływają dwa dziwne budynki przypominające kształtem kryształ. W jednym z nich znajduje się największy i najbardziej luksusowy na świecie sklep Luis Vuitton, za to w centrum handlowym The Shopps można popływać łódkami odpoczywając od zakupów w luksusowych sklepach. Kolejny bardzo dziwny i charakterystyczny kształ to ArtScience Muzeum, podobne do kwiatu lotosu unoszącego się na wodzie.

Muzeum ArtScience i most Helix

My przeszliśmy się promenadą, po czym weszliśmy na most Helix – wzorowany na podwójnej heliksie DNA. Stąd jest znakomity widok na zatokę. Że dziwnych kształtów jeszcze się nam chciało, postanowiliśmy złożyć wizytę SuperTrees. To kolejne pocztówkowe miejsce, całkowicie niesamowite.

SuperTrees
Droga przez park
SuperTrees z bliska

Zdecydowanie warto zrobić tak jak my: przyjść tu i za dnia i nocą, bo aż trudno uwierzyć jak to miejsce się zmienia. Za dnia Super Drzewa to ogromne konstrukcje porośnięte pnączami, pod którymi kryją się cały systemy paneli solarnych i zbiorników wody. Bo Super Drzewa to nie tylko ozdoba, to również magazyny wody dla parku oraz elektrownie solarne. I właśnie nocą oddają one zgromadzoną energię, oświetlając nocą park i nadając mu całkowicie nieziemski charakter. Sam park jest bardzo duży, przepięknie obsadzony bardzo tropikalną dla nas roślinnością. Zachwyceni maszerowaliśmy krętymi alejkami dalej, do kolejnego naszego celu, czyli dwóch kopuł: Cloud Forest i Flower Dome. Dwoje szalonych ogrodników nie mogło sobie odmówić tej przyjemności, choć tania ona nie jest, bo wstęp do obu to 35 dolarów/os. Ale warto, bo trudno tu zdecydować, czy to bardziej niewiarygodny popis sztuki ogrodniczej czy inżynierii. Zwłaszcza Cloud Forest robi tu wrażenie, już od wejścia witając zwiedzających chłodem wody spływającej z 35 metrowego wodospadu. Wspinając się wokół góry, z której ten wodospad spływa, poznajemy tropikalną roślinność naturalną dla wysokości 1000 – 3000 m n.p.m. Napatrzeć się nie mogliśmy po prostu.

Witajcie w krainie zamglonych gór
W niższych partiach królowały orchidee

Druga kopuła pozwala poznać roślinność suchych, a nawet pustynnych terenów – tu znajdziecie baobaby czy drzewa butelkowe.

Wyszliśmy po prostu oczarowani, ciągle jeszcze nieświadomi, że to dopiero wstęp do poznania niesamowitej przyrody tego regionu. Ale zrobiło się już późne popołudnie, dlatego postanowiliśmy coś zjeść. Pod Super Drzewami znaleźliśmy zabawny Hawker z ruchomymi i ryczącymi dinozaurami i postanowiliśmy tu coś szybko zjeść. Ciężko było się nam zdecydować, bo wybór był ogromny, w dodatku okazało się, że Hawker Chan to miejsce, które jako pierwszy hawker w historii otrzymało gwiazdę Michelin. trzeba więc było spróbować. Wreszcie najedzeni ruszyliśmy dalej.

Tu zamówiliśmy obiadek
Po takim obiadku można zwiedzać
wersja wege

Postanowiliśmy przejść drugą stroną zatoki, tak by trafić do Merlion Park.

Widok na Dzielnicę Finansową

Minęliśmy scenę, na której odbywała się próba do jakiegoś muzycznego programu telewizyjnego, i zaczęliśmy się zastanawiać, czemu ludzie się zaczynają gromadzić na promenadzie.

Merlion
Luis Vuitton na pierwszym planie
Chyba talent show

Sporo z nich miało rozstawione statywy fotograficzne, widać było, że na coś czekają. Postanowiliśmy się podpytać, co za wydarzenie się szykuje. Jeden z fotografów wytłumaczył nam, żebyśmy się przyłączyli, bo właśnie zaczynają się obchody święta narodowego i zaplanowany jest pokaz wojskowy i fajerwerki. Że nasz dzień miał już prawie dwie doby i trochę już nie mieliśmy siły na dreptanie, usiedliśmy sobie w oczekiwaniu na atrakcje. Znowu odezwało się nasze niesamowite szczęście, bo pokaz okazał się naprawdę ciekawy. Była pogoń za nieprzyjacielem po zatoce, były salwy armatnie z połączonych barek, były szarżujące helikoptery, i najlepszy moment, czyli trzy odrzutowce odgrywające powietrzną walkę dokładnie nad naszymi głowami. Huk był niesamowity, a my bawiliśmy się znakomicie.

Salwa honorowa

Po zapadnięciu zmroku skończyła się parada, a my postanowiliśmy szybko sprawdzić, jak nocą wyglądają SuperTrees. Dotarliśmy akurat na Garden Rapsody, czyli pokaz podczas którego SuperTrees przy akompaniamencie muzyki zmieniają kolory i wyglądają absolutnie kosmicznie.

SuperTrees nocą
Fullerton Hotel
A w tłumie jeszcze pokazy tańca

Ledwie zaczęliśmy się tym zachwycać, na zatoce, czyli dokładnie za naszymi plecami rozpoczął się imponujący pokaz ogni sztucznych. Ciężko było zdecydować, na co patrzeć. Wreszcie postanowiliśmy, że wracamy do zatoki, bo wkrótce miał się zacząć pokaz Spectra. Dotarliśmy na pierwszy pokaz, ale było tak wielu widzów, a pokaz był tak piękny, że postanowiliśmy poczekać godzinę na kolejny, żeby go w całości i z dobrego miejsca zobaczyć. Spectra to pokaz światło i dźwięk na wodzach zatoki opowiadający historię Singapuru, ale zrobiony z takim rozmachem i tak intrygujący, że z zachwytem go oglądaliśmy. Gdyby nie to, że już padaliśmy z nóg, pewnie próbowalibyśmy zostać na kolejnym pokazie. Ale nie myślcie, że to był już koniec naszego pierwszego dnia zwiedzania, ależ skąd! Dopiero dochodziła północ, a że po drodze wcześniej widzieliśmy stragany opisane Gastro Fest, do których teraz ciągnęły tłumy, daliśmy się wciągnąć też. Dobrze, że jet lag, zmęczenie i ciągle jeszcze bardzo wysoka temperatura spowodowały, że jeść sie nam nie chciało, bo można tam było przejeść majątek. Pachnące, barwne jedzenie z całej Azji, do wyboru do koloru w ilościach hurtowych. Ale my byliśmy dzielni, ominęliśmy jedzenie, za to skusił nas namiot-scena. Trafiliśmy na występ niesamowicie sympatycznej i pełnej energii dziewczyny śpiewającej covery. Była świetna, nie dało się tego słuchać bez podskakiwania i tańczenia. Chętne zostalibyśmy dłużej, ale to był ten moment, kiedy nasze akumulatory powiedziały dosyć.

Sklep Apple na wodzie
Wchodziny do krainy jedzenia
Koncert!!!

Resztką sił dowlokliśmy się do hotelu i padliśmy do łóżka.