
Zerwaliśmy się znowu wcześnie rano, zgarnęliśmy plecaki i przebiegliśmy ostatni raz ulicami Kanazawy, idąc na dworzec. Tu wskoczyliśmy do pociągu Limited Express Thunderbird, który zabrał nas piękną trasą (choć znowu niestety często wiodącą tunelami) do dawnej stolicy Japonii – Kioto. Droga wiodła najpierw przez góry, potem przepięknym szlakiem wśród pól ryżowych, ciągnących się wzdłuż brzegu jeziora Biwa.




Jezioro jest ogromne (to największe słodkowodne jezioro Japonii) i prastare – uważane jest za jedno z najstarszych jezior na Ziemi, powstało prawdopodobnie ok. 5 mln lat temu i oczywiście jak na ten kraj przystało, ma pochodzenie tektoniczne. Długo jechaliśmy wzdłuż jego brzegu, podziwiając niesamowicie piękny krajobraz, aż dotarliśmy do celu tego odcinka naszej podróży – Kioto.



Też pewnie, patrząc na te zdjęcia, macie uczucie, że skala japońskich dworców poraża. Bo tak jest, nawet te w niespecjalnie dużych miejscowościach są według naszych standardów wielkie, za to te w wielkich miastach to kolosy. Wielopiętrowe, ciągnące się tak nad i pod ziemią, często mają tych poziomów kilkanaście, o czym sami się niejednokrotnie przekonaliśmy. Ale szybko zostawiliśmy dworzec za sobą, bo czekało na nas Kioto. Jak na dawną stolicę przystało, miasto to jest rozległe i zabytków do zwiedzania jest tu niesamowita ilość. Jeśli pytacie co bardziej warto zobaczyć: Tokio czy Kioto, to tu zależność jest taka jak w przypadku Warszawy i Krakowa. Kioto przetrwało wojnę, tu nadal można zobaczyć autentyczne budynki, stare klimatyczne uliczki, przepiękne świątynie i ogromne pałace. Nam Kioto bardzo zapadło w serce, chcielibyśmy tu wrócić, bo tu można jeszcze tygodniami odkrywać nowe, fascynujące miejsca. My mieliśmy tylko 2 dni… Dlatego nie traciliśmy czasu. Tuż przed dworcem kolejowym jest dworzec autobusowy i informacja turystyczna. Tam kupiliśmy sobie 1-dniowe bilety na autobusy (można kupić też łączone na autobus i metro, ale akurat metro w Kioto jest tak malutkie, że autobusy są lepszą opcją).

Zwróćcie uwagę, jak fajnie są wykombinowane – nie potrzebna jest ogromna instrukcja w kilku językach, na bilecie są narysowane te autobusy, które są objęte tym Passem. Od razu wiadomo, że możemy się pakować do tych zielonych, biało-czerwonych i biało-niebieskich. Od pana w informacji turystycznej dostaliśmy mapkę z najważniejszymi zabytkami, numerami i trasami linii autobusowych, którymi można się tam dostać i byliśmy gotowi zacząć zwiedzanie. Uroda Kioto jest taka, że bardzo duża część jego zabytków jest położona na przeciwległych obrzeżach, dlatego trzeba sobie za wczasu wybrać, co chcemy koniecznie zobaczyć i tak ustawić kierunek zwiedzania, żeby zaliczyć po drodze jak najwięcej z nich, bez tracenia czasu na wielokrotne przejeżdżanie przez całe Kioto. Dlatego wskoczyliśmy szybko do autobusu, zrobiliśmy tylko krótki przystanek przy naszym hotelu, żeby zostawić plecaki i ruszyliśmy w drogę. Co do wyboru hoteli w Kioto, szkoły są dwie: albo warto brać hotel położony dość blisko dworca, żeby mieć możliwość wskakiwania do wszystkich możliwych autobusów, ale za to mieszka się wtedy w zatłoczonej i nowoczesnej części miasta, albo wybiera się któreś klimatyczne miejsce na obrzeżach, wtedy jednak trzeba się liczyć ze stratą czasu na dojazd do przeciwległych dzielnic miasta. My wybraliśmy opcję pierwszą. Mieliśmy hotel przy skrzyżowaniu właściwie wszystkich ważniejszych linii autobusowych, co przy naszym krótkim pobycie okazało sie świetnym rozwiązaniem. Przy czym przystanków mieliśmy wokół hotelu masę, trzeba się jednak było najpierw nauczyć jak to tam działa, bo choć nazwa przystanku jest jedna, to ważne są jeszcze litery i tak nasz przystanek nazywał się Shijodori-Horikawa ale na jednym rogu skrzyżowania były litery A oraz B (przy czym ta ostatnia dla odwrotnego kierunku), na kolejnym rogu C oraz D, a na kolejnym E oraz F. Przy czym pamiętajcie, że w Japonii ruch jest lewostronny, co dodatkowo komplikuje nam Europejczykom orientowanie się. Ale szybko połapaliśmy się jak to działa i ruszyliśmy w drogę. Przy okazji drobna wskazówka – w Kioto, tak jak i w Tokio wsiada się do autobusu drzwiami w środku autobusu, a wysiada drzwiami przy kierowcy, pokazując Pass lub płacąc za bilet. Gdybyście chcieli zapłacić za bilet gotówką, nie musicie się martwić, że macie za duży nominał banknotu, obok kierowcy jest specjalny automat do rozmieniania pieniędzy. Orientowanie się w trasie też jest łatwe: nad kierowcą jst duży ekran, na którym na zmianę wyświetlany jest komunikat o aktualnym przystanku, mapka kolejnych pięciu etapów trasy oraz ewentualne informacje o utrudnieniach. Do tego pan kierowca, pięknie ubrany w mundur, trzymający kierownicę rękoma w białych rękawiczkach, ma przypięty mikrofon i przy każdym przystanku również podaje jego nazwę. Gdy rusza, najpierw też o tym ostrzega, a jak wysiadacie, każdemu pasażerowi oczywiście mówi: domo arigato gozaimas!
Szybko dotarliśmy do pierwszego miejsca, skąd chcieliśmy zacząć zwiedzanie, czyli do Yasaka Jinja (światynia Yasaka) stojącej od bagatela 656 roku w dzielnicy Gion. Ozdobiony lampionami haiden (budynek ofiarowań) i barwny honden (wewnetrzne sanktuarium) są imponujące i piękne.


Stąd ruszyliśmy przez uroczy Gion i Higashiyamę. Tu można poczuć się, jakby cofnął się czas, oczywiście o ile uda się wam znaleźć uliczkę na której nie ma tłumu turystów. Drewniane stare domy z ogromnymi bramami, piękne ogrody, na nas to niezawodnie działa.






Zrobiło się bardzo gorąco i parno (to charakterystyczny klimat Kioto w letnich miesiącach), dlatego postanowiliśmy zatrzymać się na chwilkę w jednej z knajpeczek i nasz wybór padł na uroczą kawiarenkę prowadzoną przez starszych państwa. Ciężko było się nam zdecydować, którą z pyszności tam serwowanych zamówić, wreszcie zamówiliśmi dwa rodzaje kakigori (co tłumaczy się jako golony lód) to taki typowy japoński deser, coś pośredniego między lodami a sorbetem, zrobiony z dodatkiem syropu, i jak większość deserów w Japonii, ku naszej radości mało słodki. W efekcie jest to bardzo orzeźwiające i przepyszne.



Najedzeni i zachwyceni ruszyliśmy dalej.

Tłum turystów zgęstniał, a to znaczyło, że zbliżamy się do naszego kolejnego celu – świątyni Kiyomizu-dera (co znaczy światynia Czystej Wody). Światynia jest sławna z tego, że w trakcie jej budowy nie użyto żadnego gwoździa ani kawałka metalu, jest w całości zbudowania z drewna.

Zabytek ten stoi na zboczu góry Otowa, należącej do przepięknego pasma gór Higashiyama, górujących nad okolicą i ma bagatela – ponad 1250 lat. To miejsce ma ogromne znaczenie religijne i kulturalne dla Japończyków, a od 1994 roku jest na liście dziedzictwa UNESCO. Z ciekawostek – jest tu wodospad, którego woda spada trzema strumieniami, przy czym woda z pierwszego daje długowieczność, z drugiego sukcesy w nauce, a z trzeciego dobre zdrowie. Ale wolno się napić tylko z jednego z nich, bo inne zachowanie uznane zostanie za chciwość. My chciwi nie jesteśmy, więc ruszyliśmy dalej, bo jeszcze wiele ciekawych miejsc na nas czekało.



Pokażę wam jednak najpierw naszego towarzysza podróży, którego zwłaszcza w starych dzielnicach Kioto spotykaliśmy na każdym kroku. To tanuki, zmiennokształtny stworek, wzorowany na jenocie azjatyckim. Jeżeli pamiętacie nasz wpis z Kawaguchiko, to ten z Kioto to jego późniejszy i znacznie przyjaźniejszy ludziom kuzyn. Tanuki uznawany jest obecnie za talizman przynoszący szczęście, stąd na ulicach stoją ich długie szeregi, właściwie przed każdym sklepikiem rezyduje przynajmniej jeden. Każdy tanuki ma 8 atrybutów przynoszących szczęście, na przykład butelka sake, którą trzyma, symbolizuje cnotę i zaletę. Chyba jednak mamy zadatki na stanie się drugą Japonią…

Wskoczyliśmy znowu do autobusu, żeby podjechać do dzielnicy Sakyo, do kolejnego zabytku, który bardzo chcieliśmy zobaczyć, czyli Ginkakuji (Srebrny pawilon). Przekroczyliśmy wiodącą do niego bramę i od wejścia nas to miejsce oczarowało. Jest to tak naprawdę nie jeden pawilon, ale przepiękny zespół budynków z ciemnego drewna, wśród nich ten najsławniejszy, zbudowany pierwotnie jako willa samuraja, stojący tu od 1460 roku (podobno w świetle księżyca to drewno nabiera srebrzystej barwy, stąd, według niektórych, wywodzi się jego nazwa), otoczony jest ogrodem usypanym z piasku oraz ogrodem stworzonym z mchu, w którym płyną strumyki, kamienne ścieżki prowadzą do mostów łączących wysepki zanurzone w zieleni, ocienione bambusowym lasem. Mieliśmy wrażenie, że czas tu inaczej biegnie, a całe miejsce przepełnione jest spokojem i zadumą. Z podziwem patrzyliśmy, na pracę ogrodników, którzy z pokorą i w skupieniu tworzyli kolejne wzory na piasku. Dla miłośników ogrodów to prawdziwy raj na ziemi.












Byliśmy tak oczarowani atmosferą tego miejsca, że nie chciało się nam jeszcze wracać do cywilizacji, dlatego skręciliśmy w Ścieżkę Filozofa, biegnącą od Ginkakuji przez Higashiyamę. To wąziutka kamienna droga zbudowana wzdłuż kanału, obsadzona wiśniami i hortensjami, którą zwykł chadzać na uniwersytet profesor Nishida Kitaro, jeden z najznamienitszych japońskich filozofów. Ciągnie się ona przez prawie 2 km i z każdym krokiem robi się piękniejsza, cichsza i bardziej nastrojowa.




Ścieżka kończy się przy świątyni i cmentarzu w Nanzenji, a że nogi nas już mocno bolały i czas było poszukać czegoś do jedzenia, zaczęliśmy iść w kierunku przystanku autobusowego przez ciche i senne przedmieścia.

W Japonii jest tak, że jeżeli nie wiesz, gdzie warto coś zjeść, to świetnym wyjściem jest skierowanie się w okolicę dworca. Tu zawsze jest masa knajpek do wyboru. Tak też było w Kioto. Podjechaliśmy na dworzec autobusem i wystarczyło, że zeszliśmy na poziom -1 i znaleźliśmy się w krainie jedzenia. I to bardzo bezpiecznej krainie, bo pilnowanej przez takiego strażnika jak na tym zdjęciu.

Nie było nam łatwo wybrać co i gdzie chcemy zjeść w tej mnogości knajpek, na szczęście szybko głód za nas zdecydował.




Po tak pysznym obiadku postanowiliśmy przejść się do naszego hotelu na piechotę, żeby po drodze rzucić jeszcze z bliska okiem na świątynię Higashi Honganji.





Resztką sił dowlekliśmy się do naszego hotelu, szczęśliwi, że czeka nas tu kolejny dzień i jeszcze tyle przepięknych miejsc do odwiedzenia.