Ranek powitał nas pięknym widokiem, znakomitym śniadaniem, ale też i złą wiadomością.

Taki widok zobaczyliśmy po przebudzeniu

Oczywiście zareagowaliśmy entuzjastycznie, ciesząc się, że widać ośnieżony szczyt, na co nasz gospodarz Bijay’a zareagował powściagliwie: small peak! No cóż, dla kogo small, dla tego small, mowa była o górze mającej jakieś 6 tysięcy metrów. Gdzie przy tym nasze Rysy.

Nasze śniadanie czyli chlebek tybetański z serem, naleśniki z bananem i Honey Lemon Ginger Tea

Siedliśmy przy tak zastawionym stole, a tu pojawił się nasz kumpel, z którym podróżowaliśmy, z bardzo kiepską wiadomością. Niestety, różnice temperatur i wysiłek źle na niego zadziałały i wróciły mu objawy choroby, którą wydawało się, że wyleczył przed wyjazdem. Znowu miał w nocy gorączkę i czuł się osłabiony i nie na siłach, żeby wspinać się z ciężkim plecakiem.

Zaczęliśmy kombinować co zrobić, żeby uratować jednak wyjazd, i dać mu szansę na zebranie sił. A że poprzedniego wieczora, kiedy rozmawialiśmy z naszym gospodarzem, opowiedział on nam, że już 13 razy przeszedł ACT i że chętnie chodzi jako tragarz z wędrowcami, pomyśleliśmy sobie, że to może być wyjście. Nasz kumpel będzie mógł iść bez obciążenia, a Bijay’a weźmie jego plecak i będzie go wspierał tak długo, aż nie wrócą mu siły. Zapytaliśmy naszego gospodarza co on o tym myśli, w efekcie Bijay’a był spakowany w 5 minut i gotowy do wyjścia na trasę. Musimy przyznać, że my, jak zobaczyliśmy minę jego żony, po tym, jak jej powiedział, że idzie w trasę, byliśmy spakowani w 1 minutę. Było się czego bać!

I tak zaczęła się nasza wędrówka ze wsparciem przez rodowitego Nepalczyka.

Jeżeli będziecie szukać noclegu w Ngadi, albo tragarza, tu macie namiary, z całego serca polecamy

Ruszyliśmy w drogę, bo czekało na nas sporo kilometrów do przejścia. Bardzo szybko Bijay’a nauczył się, że polskie słowa: „niesamowite”, „wspaniałe”, czy „przepiękne” oznaczają, że stajemy i zaczynamy robić zdjęcia. To co dla niego było normą, nas zachwycało całkowice. W efekcie biedny Bijay’a wiecznie się przy nas nudził.

Jak nie zachwycać się takimi krajobrazami

Szliśmy tak, napawając się pięknem okolicy i podglądając życie mieszkańców.

Pani gdzieś idąca – wystarczyło uśmiechnać się i powiedzieć Namaste!, a pani rozpromieniła się jak wszyscy spotykani przez nas tu Nepalczycy. Mają tu bardezo trudne życie, ale są też niesamowicie przyjaźni i otwarci.
Autobus wiozący dzieci do szkoły ( w środku), a pracowników na dachu

Droga się wiła wśród pól ryżowych i przez wioski
A w wioskach czekały na nas podejścia
IA poza wioskami wszechobecne schody

Ile razy zdążyliśmy się ucieszyć, że jesteśmy już wyżej, droga natychmiast zaczynała nas tak prowadzić w dół.

Wdrapaliśmy się w upale do Bahundady, żeby za chwilę zejść na poziom Ghermu
Ale takie widoki warte były tego wysiłku
Punkt docelowy na ten dzień jeszcze nawet nie wyłania się na horyzoncie
I znowu w dół
A jeśli szliśmy po płaskim, to nad przepaścią
Trasa jest oszałamiająco piękna

W pewnym momencie spotkaliśmy na trasie kolejnych naszych rodaków, ojca i córkę. Zaczęliśmy rozmawiać i błyskawicznie się polubiliśmy, a że tempo mieliśmy podobne, postanowiliśmy iść tego dnia dalej razem. Pokonywaliśmy tak kolejne serpentyny i wzniesienia, wreszcie zmęczeni postanowiliśmy zatrzymać się na lekki obiad. Bijay’a tylko zapytał retorycznie czy chcemy, żeby był tam piękny widok i zaprowadził nas do teahouse’u u stóp wodospadu.

Obiad w takim miejscu smakuje wyśmienicie
Zupa czosnkowa musi być
Znowu towarzyszyły nam tu motyle

Wzmocnieni, ruszyliśmy dalej, bo czekało na nas jeszcze wiele kilometrów, oczywiście nieustannego wdrapywania się po to, żeby znowu zacząć schodzić.

Na szczęście chwilami szliśmy w cieniu, a chwilami przechodziliśmy przez strumienie i pod wodospadami, które też dawały ochłodę

Na tym odcinku do nieustannej sinusoidy doszło jeszcze zmienianie brzegów rzeki i nasze ulubione pokonywanie mostów wiszących. Nie chcecie wiedzieć ile litrów płynów wypiliśmy po drodze. Na szczęście mieliśmy ze sobą filtr do wody, i tabletki do jej uzdatniania, bo inaczej musielibyśmy chyba chodzić z całymi zgrzewkami wody. A tak przy jakimś źródle czy ujęciu wody robiliśmy przystanek i napełnialiśmy butelki. Sami też wyglądaliśmy jakbyśmy wyszli spod wodospadu, pot lał się z nas litrami. Chwała niech będzie koszulkom z wełny merino, dopiero tu doceniliśmy jak są przydatne w Himalajach.

Po nieskończonej licznie zejść, wejść schodów, mostów wreszcie dotarliśmy do ostatniego odcinka naszej trasy tego dnia, tym razem szczęśliwie łatwiejszego, bo szliśmy drogą.

Zachęcający znak drogowy

My dźwigaliśmy nasze plecaki, a pan dźwigał tak

Wreszcie koło 17:00 dotarliśmy do Jagat, naszego celu na ten dzień. Zatrzymaliśmy się w hotelu Mont Blanc, który ku naszej ogromnej radości miał pokoje z całkiem jak na warunki nepalskie porządnymi łazienkami.

Nasz hotel
I nasza łazienka

Jagat ma tę zaletę, że można się tam popluskać w gorących źródłach. Jedyny problem z tym związany jest taki, że źródła są na poziomie rzeki, czyli żeby do nich zejść, trzeba iść prawie 40 minut w dół. Oczywiście byliśmy na tyle szaleni, że tam w nocy poszliśmy. Pluskanie się w gorącej wodzie było miłe, ale nie pytajcie nas lepiej o to wdrapywanie się z powrotem do hotelu. Ale dotarliśmy i to się liczy.