Nadszedł ostatni dzień naszego pobytu w Nowym Jorku. W dodatku tak się złożyło, że przypadał on na 11 września. Pamięć o tych wydarzeniach jest nadal bardzo żywa i to się tam czuje. Od samego świtu w mieście czuliśmy zupełnie inną atmosferę. I to nie tylko dlatego, że okolice Ground Zero były zamknięte i tylko rodziny ofiar miały tam wstęp. Również nie z powodu oficjalnych obchodów z udziałem polityków. Ale z powodu widocznych na każdym kroku drobnych dowodów pamięci o tych, którzy odeszli.

Rano wymeldowaliśmy się z hotelu, złapaliśmy plecaki i postanowiliśmy ruszyć na ostatni spacer po Manhattanie. Poszliśmy w kierunku sławnej areny Madison Square Garden, przechodząc dla wygody korytarzami dworca Penn Station (a właściwie Pennsylvania Station, ale w praktyce nikt się nie męczy z pełną nazwą). Kiedy podchodziliśmy do głównego hallu, usłyszeliśmy dźwięki muzyki. Nie takiej z głośników, ale granej na żywo, i to na dudach i bębnach. Po chwili przed nami pojawił się prawdziwy policyjny Pipe Band w kiltach w szkocką kratę, przed którym kroczyli galowo umundurowani oficerowie ze sztandarami. Panowie grając tak przemaszerowali przez dworzec, żeby w ten sposób, po swojemu, złożyć hołd kolegom, którzy oddali życie w tamtej tragedii.

The Pipe Band na Penn Station

Czas na pamiątkowe zdjęcie

Wzruszyło nas to, i wzruszył nas szacunek, skupienie i powaga okazywane przez ludzi, którzy akurat znaleźli się na dworcu.

A sama Penn Station jest trzypoziomowa, rozległa i całkiem interesująca architektonicznie, a przy tym to dworzec o największym ruchu pasażerskim w USA. Choć zgodnie z nazwą to Grand Central powinien być dworcem centralnym, to w rzeczywistości tę rolę pełni Penn Station. Grand Central ma za to największą na świecie liczbę torów (44).

Główny hall Penn Station

Wyszliśmy z dworca wprost na Madison Square Garden. Ile razy zazdrościliśmy szczęśliwcom, którzy mogli zobaczyć tu jakiś koncert czy imprezę. Choć musimy przyznać, że nie jest to budynek robiący wielkie wrażenie z zewnątrz.

Madison Square Garden
Kolejne wejście do MSG

Rzuciliśmy jeszcze raz okiem na Penn Station i ruszyliśmy ku majaczącemu w oddali Empire State Building.

Penn Station

Po drodze przystanęliśmy przy malutkiej remizie strażackiej, bo akurat trafiliśmy na minutę ciszy upamiętniającą Nine-Eleven. Takie drobne gesty, ale bardzo poruszające.

Zobaczyliśmy remizę
A gdy podeszliśmy bliżej…

Ruszyliśmy dalej i po krótkiej przerwie na kawę i upiornie pastelowe donuty kupione w malutkiej kawiarence, dotarliśmy do Empire State Building. Jako że podziwialiśmy już Nowy Jork z wyższego budynku jakim jest One World Trade Center, postanowiliśmy odpuścić sobie wjazd na górę, ale chcieliśmy rzucić okiem na wnętrze budynku. Znaleźliśmy wejście, ale inne niż to, przed którym kłębiła się kolejka i wkroczyliśmy do środka. Tu przemiły czarnoskóry pan w eleganckim uniformie z uśmiechem nas przywitał, po czym powiedział, że jesteśmy w dawnym głównym hallu, w którym obecnie kończy się oficjalne zwiedzanie budynku. Ale natychmiast dodał, że jeżeli mamy ochotę, to jak najbardziej możemy sobie to wnętrze pooglądać. A jest co oglądać, bo to szczyt Art Deco, całe w złocie i lśniące. Kiedy tak chłonęliśmy przepych tego miejsca, pan ten nie wytrzymał i zadał pytanie, które nieustannie słyszeliśmy w czasie naszego pobytu, czyli: „a skąd jesteście?”. Grzecznie powiedzieliśmy, że z Polski, na co on: z Polski! Mam sąsiadów z Polski, ależ wy macie pyszne piwo!!! I tak w Empire State Building poznaliśmy wielbiciela, jak szybko udało się nam ustalić – naszego Żywca.

Empire State Building

Bardzo polecamy choć na chwilkę zajrzeć do środka

Postanowiliśmy pożegnać się z naszymi ulubionymi promami, dlatego ruszyliśmy ku rzece, żeby złapać rejs na Dolny Manhattan.

Szalone budynki
I szalone rzeźby

Na Dolnym Manhattanie, zaraz po zejściu na ląd znowu natrafiliśmy na kolejne obchody rocznicy Nine – Eleven w remizie strażackiej. To była jedna z najbliżej położonych Ground Zero jednostka, musieli mieć tu ogromne straty w ludziach.

Jednostka straży na Dolnym Manhattanie

Zaczęło padać, co nas nie zniechęciło i zrobiliśmy sobie jeszcze pożegnalną rundkę wokół Financial District, po czym ostatni raz przeszliśmy się mostem Brooklyńskim. Chwilkę porozglądaliśmy się jeszcze po Brooklynie, gdzie mieliśmy kolejne zabawne przeżycie, bo kiedy przystanęliśmy przy mapie dzielnicy, podszedł do nas policjant, z pytaniem czy nie potrzebujemy pomocy, albo czy nie potrzebujemy podpowiedzi co zwiedzić. Bardzo mu podziękowaliśmy, tłumacząc, że my już właściwie musimy ruszać do metra i jechać na lotnisko. I znowu padło sakramentalne pytanie – „a skąd jesteście?”. Gdy odpowiedzieliśmy, że z Polski, pan policjant się rozmarzył – Europa, ech, wiecie, ja jestem z pochodzenia Włochem. Po czym przeskoczył na włoski, nawet tego nie zauważając. Że trochę mówimy po włosku, chwilę pogadaliśmy, a na koniec pan policjant popatrzył na nas i powiedział: „wiecie co, ja już mam dosyć tego miejsca, weźcie mnie ze sobą!”.

Niestety, nadszedł ten moment, kiedy już faktycznie musieliśmy wskoczyć w metro i ruszyć na lotnisko JFK. Tu praktyczna porada – nie wszystkie pociągi metra oznakowane jako trasa na lotnisko jadą tam bezpośrednio. Na szczęście stali pasażerowie są bardzo pomocni i na widok osób z plecakami od razu podpowiadają, gdzie wysiąść, żeby złapać kolejny pociąg, który dojeżdża do samego lotniska. Tu już zostało nam tylko wskoczenie do automatycznego pociągu, który kursuje pomiędzy wszystkimi pięcioma terminalami.

Nowy Jork męczy, ale też fascynuje. Nie myśleliśmy, że my, nie przepadający za wielkimi miastami, aż tak to miejsce polubimy. Mamy nadzieję, że jeszcze uda się nam tu wrócić, i znowu trafić na cudowny koncert w jednym z klubów.

I na koniec jedna praktyczna wskazówka, niestety bilet lotniczy do Nowego Jorku to tylko ułamek kosztu tej podróży. Hotele na Manhattanie są upiornie drogie, trochę lepiej jest w odleglejszych dzielnicach, ale wtedy podróż na Manhattan będzie trwała co najmniej godzinę. My wybraliśmy opcję droższą i bardzo to sobie chwaliliśmy.